30-12. 22:10. Ben już u mnie w domu. Kilka godzin temu umarła suka z guzem operowana dzisiaj rano, która była u mnie niespełna dwa tygodnie. Bardzo boję się jutra i tego, co zostanie postanowione przez chirurga. Guz wygląda tragicznie i trzeba spodziewać się najgorszego. Właściwie żałuję, że u mnie jest Ben, bo zmaganie się teraz z kolejną potencjalną śmiercią przerasta mnie. Może jutro będzie łatwiej, ale dzisiaj mam dość. Prowadzę hospicjum dla psów, ale uwierzcie, że to jest wielkie psychiczne obciążenie. Przyjeżdżają psy w takim stanie, że z reguły balansują na granicy życia i śmierci. Nie chcę zawozić jutro psa na operację. Rozmawiałam o tym z Mirkiem. Jednak psa boli i na pewno nie wstaje z bólu. Guz jest olbrzymi i bardzo głęboko. To, co widać to jedynie fragment. Żeby to wyciąć to trzeba chyba pół psa otworzyć. Pies jest wymęczony i spolegliwy. Całkowicie bezwolny i oczekujący pomocy. Nie dałam już jeść, a jest głodny. Nie mogę dać, bo musi przed ewentualną operacją być na czczo. Za psem przemawia młody wiek ok 3-4 lata i dobre wyniki krwi. Cała reszta diagnostyczna to horror. Tutaj trzeba cudu, żeby to się udało. Pies jest raczej z łańcucha i został wyrzucony. Raczej z łańcucha, ale na pewno wywalony jak śmieć. Leży teraz przy kominku. Z psami zgodny. Został od razu zaakceptowany przez psich domowników. Mała pociecha, ale jest spokojny. Tylko głodny. Wenflon zostawiłam w łapie, może jutro będzie jeszcze drożny i nie trzeba będzie kłuć. To tyle na razie. Jutro dam znać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz