Bezskuteczne jak na razie poszukiwania Lilly, to czas pełen nowych doświadczeń. Dobrych i złych. Najlepsze to to, że wielu ludzi ze zrozumieniem i współczuciem odnosi się do osoby poszukującej swojego zwierzęcia. Zdecydowanie najgorsze to to, że choć rozwiesiłyśmy wraz z siostrą wiele ogłoszeń, to na ogłoszenia w tych miejscach, w których takie ogłoszenie byłoby najskuteczniejsze, czyli widoczne dla wielu ludzi, praktycznie nie ma specjalnych miejsc. Owszem, zgadzają się lekarze-weterynarze i właściciele sklepów zoologicznych, czasami też jakiś właściciel małego prywatnego sklepu... i to tyle. Na przystankach tramwajowych i autobusowych nie wolno wieszać żadnych ogłoszeń (pod karą z art. 63A Kodeksu Wykroczeń Dz. U. nr 44/83 poz. 203). Na okrąglakach na plakaty nie wolno, bo są prywatną własnością. Na słupach jakichkolwiek też nie wolno. Na płotach nie wolno. I na murach nie wolno. Na drzewach też pewnie nie, choć na drzewach nie ma zakazów... W instrukcji na wspomnianej stronce czytam: "Ogłoszenia należy porozwieszać gdzie się da: w pobliskich klatkach schodowych i/lub osiedlowych słupach ogłoszeniowych; we wszystkich okolicznych - oczywiście po uzyskaniu pozwolenia - sklepach, szczególnie tych małych, spożywczych, warzywnych, zoologicznych; koniecznie w pobliskich (i dalszych) lecznicach weterynaryjnych; na przystankach autobusowych (ale ciii... bo to nielegalne, jednak jest to miejsce w którym wiele osób się spotyka i czekając na autobus - czyta ogłoszenia)"...
Na przystankach, ale "ciii... bo to nielegalne"? Więc pytam, dlaczego jest nielegalne? Dlaczego mam robić coś nielegalnego, skoro powinno być całkiem po prostu legalne jako oczywiste? Dlaczego ciągle mamy do czynienia z nieżyciowymi przepisami i ich omijaniem? Dlaczego w miejscu, gdzie ludzie stojąc i czekając na tramwaj czy autobus nie mogą sobie poczytać różnych drobnych ogłoszeń? Choćby dla zabicia czasu? Dlaczego jest to "wykroczeniem"? Na przystankach często widzimy przewalające się kosze na śmieci, zdewastowane ławki, rozbite przeszklenia... ale ogłoszenie o zaginionym kocie razi czyjeś poczucie estetyki? Czy wrodzoną praworządność? Przecież to jest robieniem sobie samemu kuku! Ile jest przystanków autobusowych i tramwajowych w Krakowie? A ile w całej Polsce? Ile pieniędzy kosztowało w skali całej Polski wydrukowanie (na specjalnej odpornej na deszcze plakietce) i rozwieszenie zakazów wywieszania ogłoszeń? Nie lepiej byłoby zamontować specjalne tablice, żeby właśnie można było wieszać różne drobne ogłoszenia? To samo w wielkich sklepach! Często są tam tablice na ogłoszenia sklepu, ale nawet jak są puste miejsca (sic!), kierownictwo sklepu nie zgadza się na powieszenie ogłoszenia o zaginionym kocie. Nie bo nie! NIE WOLNO! W PRL-u najczęściej używanym zwrotem było "NIE MA!" Teraz jest "NIE WOLNO!"
31 października wybrałam się na cmentarz Rakowicki. Nie tylko w celu odwiedzenia grobu dziadków i rodziców, ale także w celu rozwieszenia ogłoszenia o poszukiwaniach Lilly, a nuż?... Nie, nie na cmentarzu. Na słupie od ulicznej lampy w pobliżu przystanku tramwajowego (przecież nie na samym przystanku!). Zaczęłam też przyklejać ogłoszenie na słupie ogłoszeniowym, kiedy podszedł do mnie strażnik miejski i wygłosił swoje "Tu nie wolno!"... i to takim tonem, że już czułam, jak za chwilę wyląduję w lochach o chlebie wodzie. Ale że straż miejska ma być na moich usługach a nie ja na jej, więc pytam grzecznie: "Dobrze, tu nie wolno. Ale zdarzyło mi się nieszczęście, zaginęła mi kotka, gdzie więc mogę powiesić ogłoszenie? Proszę mi pomóc!" Jakież było moje zdziwienie, gdy usłyszałam, że na przystanku tramwajowym! Dałam za wygraną i pospacerowałam na cmentarz, żeby na rodzinnym grobie zaświecić znicz i położyć skromną wiązankę. Skromną, bo przecież kradną... Chociaż może nie przy tej ilości straży miejskiej? Gdy wróciłam na przystanek, mojego ogłoszenia na lampie już nie było... Żeby było śmieszniej, kiedy reszta mojej rodziny dzień później odwiedziła nasz grób, nie było również mojej wiązanki... Jednak straż miejska nie upilnowała!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz