przystanku tramwajowym! Dałam za wygraną i pospacerowałam na cmentarz, żeby na rodzinnym grobie zaświecić znicz i położyć skromną wiązankę. Skromną, bo przecież kradną... Chociaż może nie przy tej ilości straży miejskiej? Gdy wróciłam na przystanek, mojego ogłoszenia na lampie już nie było... Żeby było śmieszniej, kiedy reszta mojej rodziny dzień później odwiedziła nasz grób, nie było również mojej wiązanki... Jednak straż miejska nie upilnowała!
Zachowanie straży miejskiej zdumiało mnie najbardziej! To tak wygląda współpraca z obywatelem? Wspieranie go w jego nieszczęściach i kłopotach? To ja sobie zadaję tyle trudu, żeby porozwieszać jak najwięcej ogłoszeń, żeby zmaksymalizować skuteczność poszukiwań, a straż miejska to niweczy? W imię czego? Źle rozumianego poczucia porządku?! Przecież najskuteczniejsze w znalezieniu kota czy psa są właśnie porozwieszane w różnych miejscach ogłoszenia! Na wszystkich tych forach, gdzie ludzie wymieniają sobie swoje doświadczenia z poszukiwań zaginionego zwierzęcia wszyscy zgodnie podkreślają, że największa nadzieja jest w ogłoszeniach... że wiadomość dotrze do właściwej osoby, tej, która widziała mojego kota lub która wręcz przygarnęła go i jeśli nie dowie się, do kogo kot należy, to umarł w butach. Dałam wprawdzie ogłoszenie do Radia Kraków, ale to już jest sprawa zupełnie beznadziejna, za 4 kilkunastosekundowe anonse zapłaciłam 123 zł, czyli tyle, ile za zwykłą reklamę, bo zaginięcie zwierzęcia nie podpada pod "wydarzenie losowe". Żeby choć nieznacznie zwiększyć prawdopodobieństwo dotarcia do tych właściwych uszu, ogłoszenie musiałoby być przynajmniej dziesięć razy częściej emitowane... za 1230 zł... o ile ten ktoś słucha radia w ogóle a w szczególe akurat tego radia.
Zadzwoniłam też do Gazety Wyborczej... cotygodniowa kolumna przeznaczona kiedyś na ogłoszenia o zaginionych/znalezionych zwierzętach już od dobrych kilku lat nie istnieje. Dlaczego? Koszty! Z rozmowy z dziennikarką TVP Kraków Magdaleną Hejdą prowadzącą program o zwierz ętach (w którym sama w roku 2006 wypowiadałam się na temat konieczności sprzątania po naszych psach) wynikało to samo, czas na tę tematykę został mocno zredukowany... Kościół także nie poczuwa się do wspierania akcji znalezienia zagubionego zwierzęcia. Ogłoszenia przyklejane przeze mnie w okolicy dwóch najbliższych mi kościołów, kościoła przy Młynówce Królewskiej między ulicami Wesele i św. Wojciecha oraz kościoła pw. NMP z Lourdes znikały jeszcze szybciej, niż je przyklejałam. Bo i czegóż ja chcę? Gdyby Kościół obchodził los zwierząt, to w tych regionach kraju, gdzie KK ma największe wpływy, czyli na wschodzie Polski, zwierzęta miałyby się najlepiej. Jak wiadomo, jest wręcz przeciwnie!
Zrobiłam także doświadczenie, które skończyło się na policji. 1 listopada pod wieczór nagle wspaniała wiadomość, SMS a w nim długo wyczekiwana informacja, że ktoś ma naszą kotkę! To na pewno ona! Znaleziona tam, gdzie mieszkamy, wygląda jak na zdjęciu z ogłoszenia. Nawet na imię reaguje! Pędzimy z siostrą z koszem na koty na spotkanie z naszą zgubą... Ale kolejne i kolejne SMS-y zamieniają się li tylko w próbę wywiedzenia nas w pole i wyłudzenia nagrody... Przeżywamy dwie i pół godziny narastającego horroru. Po powrocie do domu decyduję się na powiadomienie policji o całym zajściu. Przesłuchanie i spisanie tych wszystkich SMS-ów trwa do północy. Potem jadę z policją pokazać, gdzie się odbywało... Nikogo. Ciemno. Pusto. Głucho. Umawiam się z policją na 6 rano. Może o świcie coś więcej dostrzeżemy? Tylko co? Czającego się w krzakach rozbójnika? Niczego nie dostrzegamy, zimno, mgliście, pierwsi ludzie wychodzą z domów do pracy, nikt nic nie wie... Muszę jednak przyznać, że cały posterunek nr 4 w Krakowie naprawdę się starał. Na poszukiwanie kota ruszyły w nocy trzy radiowozy! A meldunek o niedoszłym rozboju po przebyciu drogi przez przewidziane procedurą biurka trafi do prokuratury. I jeśli uda się ustalić właściciela komórki?... Niech mu dadzą popalić!
Tymczasem sprawdzamy każdy kolejny trop, poznajemy coraz to nowych ludzi, coraz to nowe koty, coraz nowe kocie historie... Wczoraj znowu szybka wizyta w azylu, późnym wieczorem robimy przegląd nowoprzybyłych kotów, bo ktoś zadzwonił, że oddano tam właśnie burą kotkę podobną do mojej. Podobną, ale nie moją. Kotka miauczy i łasi się. Z ciężkim sercem zostawiam ją w jej klatce. Inne koty kulą się w swoich. Dużo jest wśród nich maleństw wyłapanych na działkach. Rodzeństwa siedzą razem w jednej klatce. Tulą się do siebie. Mrużą oślepione nagłym światłem oczka. Skarżą cichutko. To właśnie takie działkowe rodzeństwo trafiło do naszego domu latem 2009 roku. Z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami z ulicy Floriańskiej. Dwa dzielne tygryski, Billy i Lilly. Z certyfikatem o adopcji większym od nich. Billy zwany zwykle Bilusiem ma złamany czubek ogonka, który dzięki temu wygląda jak zawadiacki pióropusz. I daje się nawet po ciemku wyczuć pod palcami. Lilly czyli Lilka, Lilunia nie ma żadnych znaków szczególnych. Oprócz tego, że cała jest szczególna. To ona nauczyła się otwierać klamkę od drzwi na balkon. Stając na dwóch łapkach na parapecie okna pochyla się nad klamką i eleganckim ruchem naciska klamkę od drzwi balkonowych. Z jednej i z drugiej strony. Biluś opanował tę sztukę tylko w jedną stronę, z zewnątrz. Żeby wydostać się z mieszkania, uderza łapkami w szybę okna. Trzeba mu otworzyć.
Zachowanie straży miejskiej zdumiało mnie najbardziej! To tak wygląda współpraca z obywatelem? Wspieranie go w jego nieszczęściach i kłopotach? To ja sobie zadaję tyle trudu, żeby porozwieszać jak najwięcej ogłoszeń, żeby zmaksymalizować skuteczność poszukiwań, a straż miejska to niweczy? W imię czego? Źle rozumianego poczucia porządku?! Przecież najskuteczniejsze w znalezieniu kota czy psa są właśnie porozwieszane w różnych miejscach ogłoszenia! Na wszystkich tych forach, gdzie ludzie wymieniają sobie swoje doświadczenia z poszukiwań zaginionego zwierzęcia wszyscy zgodnie podkreślają, że największa nadzieja jest w ogłoszeniach... że wiadomość dotrze do właściwej osoby, tej, która widziała mojego kota lub która wręcz przygarnęła go i jeśli nie dowie się, do kogo kot należy, to umarł w butach. Dałam wprawdzie ogłoszenie do Radia Kraków, ale to już jest sprawa zupełnie beznadziejna, za 4 kilkunastosekundowe anonse zapłaciłam 123 zł, czyli tyle, ile za zwykłą reklamę, bo zaginięcie zwierzęcia nie podpada pod "wydarzenie losowe". Żeby choć nieznacznie zwiększyć prawdopodobieństwo dotarcia do tych właściwych uszu, ogłoszenie musiałoby być przynajmniej dziesięć razy częściej emitowane... za 1230 zł... o ile ten ktoś słucha radia w ogóle a w szczególe akurat tego radia.
Zadzwoniłam też do Gazety Wyborczej... cotygodniowa kolumna przeznaczona kiedyś na ogłoszenia o zaginionych/znalezionych zwierzętach już od dobrych kilku lat nie istnieje. Dlaczego? Koszty! Z rozmowy z dziennikarką TVP Kraków Magdaleną Hejdą prowadzącą program o zwierz ętach (w którym sama w roku 2006 wypowiadałam się na temat konieczności sprzątania po naszych psach) wynikało to samo, czas na tę tematykę został mocno zredukowany... Kościół także nie poczuwa się do wspierania akcji znalezienia zagubionego zwierzęcia. Ogłoszenia przyklejane przeze mnie w okolicy dwóch najbliższych mi kościołów, kościoła przy Młynówce Królewskiej między ulicami Wesele i św. Wojciecha oraz kościoła pw. NMP z Lourdes znikały jeszcze szybciej, niż je przyklejałam. Bo i czegóż ja chcę? Gdyby Kościół obchodził los zwierząt, to w tych regionach kraju, gdzie KK ma największe wpływy, czyli na wschodzie Polski, zwierzęta miałyby się najlepiej. Jak wiadomo, jest wręcz przeciwnie!
Zrobiłam także doświadczenie, które skończyło się na policji. 1 listopada pod wieczór nagle wspaniała wiadomość, SMS a w nim długo wyczekiwana informacja, że ktoś ma naszą kotkę! To na pewno ona! Znaleziona tam, gdzie mieszkamy, wygląda jak na zdjęciu z ogłoszenia. Nawet na imię reaguje! Pędzimy z siostrą z koszem na koty na spotkanie z naszą zgubą... Ale kolejne i kolejne SMS-y zamieniają się li tylko w próbę wywiedzenia nas w pole i wyłudzenia nagrody... Przeżywamy dwie i pół godziny narastającego horroru. Po powrocie do domu decyduję się na powiadomienie policji o całym zajściu. Przesłuchanie i spisanie tych wszystkich SMS-ów trwa do północy. Potem jadę z policją pokazać, gdzie się odbywało... Nikogo. Ciemno. Pusto. Głucho. Umawiam się z policją na 6 rano. Może o świcie coś więcej dostrzeżemy? Tylko co? Czającego się w krzakach rozbójnika? Niczego nie dostrzegamy, zimno, mgliście, pierwsi ludzie wychodzą z domów do pracy, nikt nic nie wie... Muszę jednak przyznać, że cały posterunek nr 4 w Krakowie naprawdę się starał. Na poszukiwanie kota ruszyły w nocy trzy radiowozy! A meldunek o niedoszłym rozboju po przebyciu drogi przez przewidziane procedurą biurka trafi do prokuratury. I jeśli uda się ustalić właściciela komórki?... Niech mu dadzą popalić!
Tymczasem sprawdzamy każdy kolejny trop, poznajemy coraz to nowych ludzi, coraz to nowe koty, coraz nowe kocie historie... Wczoraj znowu szybka wizyta w azylu, późnym wieczorem robimy przegląd nowoprzybyłych kotów, bo ktoś zadzwonił, że oddano tam właśnie burą kotkę podobną do mojej. Podobną, ale nie moją. Kotka miauczy i łasi się. Z ciężkim sercem zostawiam ją w jej klatce. Inne koty kulą się w swoich. Dużo jest wśród nich maleństw wyłapanych na działkach. Rodzeństwa siedzą razem w jednej klatce. Tulą się do siebie. Mrużą oślepione nagłym światłem oczka. Skarżą cichutko. To właśnie takie działkowe rodzeństwo trafiło do naszego domu latem 2009 roku. Z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami z ulicy Floriańskiej. Dwa dzielne tygryski, Billy i Lilly. Z certyfikatem o adopcji większym od nich. Billy zwany zwykle Bilusiem ma złamany czubek ogonka, który dzięki temu wygląda jak zawadiacki pióropusz. I daje się nawet po ciemku wyczuć pod palcami. Lilly czyli Lilka, Lilunia nie ma żadnych znaków szczególnych. Oprócz tego, że cała jest szczególna. To ona nauczyła się otwierać klamkę od drzwi na balkon. Stając na dwóch łapkach na parapecie okna pochyla się nad klamką i eleganckim ruchem naciska klamkę od drzwi balkonowych. Z jednej i z drugiej strony. Biluś opanował tę sztukę tylko w jedną stronę, z zewnątrz. Żeby wydostać się z mieszkania, uderza łapkami w szybę okna. Trzeba mu otworzyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz